w niedziele wieczorem cos nas tknelo zeby wyjsc na spacer, krotki bo
zmino bylo jak cholera. Po drodze uslyszelismy przerazliwy miauk cos jak
kotka w rui... oczywiscie poszlismy zobaczyc co to i skad to i pod
samochodem znalezlismy kota, ktory od razu przyczepil sie do naszych
nog. Oczywscie po 5 sekundach byl u mnie na rekach a po 5 minutach u nas
w domu. I tu zaczely sie nasze problemy (oczywiscie liczylismy sie z
nimi w momencie otworzenia
drzwi do naszego bloku) ale coz moglismy
zrobic innego skoro na dworze bylo -15...
Sami mamy male mieszkanie a w nim dwa wykastrowane dachowce. Kotka w rui
okazala sie byc mlodym kocurkiem z licznymi ranami po bojce (rany juz
zagojone, jedna paskudna na brzuchu). Kotek zamieszkal w przedpokoju i
lazience, bo to jedyne drzwi ktore moga odzielic go od naszych kotow.
Rzucil sie na miske z jedzeniem i woda tak ze malo jej nie zjadl. Kotek
ma blyszczaca siersc i umnie korzystac z kuwety rozumie ze klepniecie w
uda oznacza: chodz na kolanka. Ciagle pomialkuje i nieustannie mruczy i
jest najlagodniejszym zwierzatkiem jakiego spotkalam. Nastepnego dnia
byl u weterynarza, ktory nastraszyl nas paskudnymi chorobami, ktore kot
mogl ze soba przywlec do naszego domu i dal srodek na odrobaczenie. Na
rozwieszone ogloszenia nikt sie nie zglosil, prowadzimy intensywne
poszukiwania nowego domu dla niego a jednoczesnie coraz mocniej sie do
niego przywiazujemy. po dwoch dniach poszlismy jeszcze raz opatrzec rane
na brzuchu a weterynarz powiedzial, ze mozemy go od razu wykastrowac, bo
nawet jesli ktos go bedzie chcial przygarnac to napewno bedzie latwiej
jak juz bedzie wykastrowany. Wet jeszcze raz potwierdzil, ze kot nie
wykazuje zadnych objawow, zadnej znanej mu choroby. No i dzis dzien po
kastracji kot mnie dziabnal w noge, bo w zamieszaniu niewpuszczania
naszych kotow do niego weszlam mu na lapke (choc do konca nie wiem co
sie stalo bo wszytko wydarzylo sie za szybko). Nie wiem co teraz robic
bo starcilam do niego zaufanie, boje sie ze tak samo moze pogryzc nasze
koty. Nie wiem ile jeszcze mamy go izolowac weterynarz mowil ze od 7 do
10 dni a dzis mija 4 nie wiem ile on jeszcze wytrzyma w przedpokoju...
zupelnie nie wiem co robic...
musialam sie komus wygadac a jak widze wszyscy tu kochaja zwierzeta wiec
to co zrobilam nie bedzie dla nikogo dziwne
pozdrawiam
ada